Posłani aby służyć – Dwudziesta Dziewiąta Niedziela Zwykła

Służący stanowili niegdyś osobną warstwę społeczną. Nikt się nie dziwił temu, że ktoś jest służącym. Wiele domów angażowało służących. Przemiany społeczne, głoszące budowanie równego społeczeństwa sprawiły, że stan służących ośmieszano i właściwie zlikwidowano. Towarzyszyło temu zdewaluowanie pojęcia służby i samych czynności służenia. Nowy system znienawidził służbę, gdyż kojarzyła się ona z nierównością społeczną. Zamiast służących, zaczął na swój użytek angażować różnego rodzaju służalców i „będących na usługach”. Niektórzy dzisiaj z ulgą oddychają, gdyż wytykanie im owego „bycia na usługach” stało się praktycznie niemożliwe. Współczesny stan moralny i materialny naszego społeczeństwa wskazuje, że zamieniając służbę na służalczość, nie zdołano dokonać obiecanego społecznego zrównania. Funkcjonowanie społeczeństwa bez podejmowania służby jest niemożliwe.
To właśnie wielorakie służenie sobie winno być wyrazem równości. Różne pozostaną rodzaje i potrzeby służby, ale motywy jej podejmowania powinny ciągle szlachetnieć. Izraelici oczekujący Mesjasza, który miał być ich wyzwolicielem i władcą, doczekali się przyjścia zapowiedzianego przez Izajasza cierpiącego Sługi Jahwe. Nie pogodzili się z istnieniem Mesjasza zmiażdżonego cierpieniem i składającego z siebie ofiarę za grzechy świata. Nie pojęli, że Jezus z Nazaretu dokonał niezrównanego aktu służby wobec Ojca i wobec całej ludzkości. Okazał się arcykapłanem wielkim, zdolnym współczuć ludziom, bo po ludzku sam był doświadczony we wszystkim oprócz grzechu. Szczytem tego doświadczenia było sprzedanie Go za cenę niższą od ceny niewolnika i ukrzyżowanie jak złoczyńcy. Jezus w najwyższej mierze spełnił na sobie polecenie, które dał swoim uczniom: „A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich”. Służba przez nas podejmowana niekiedy jest wymuszona, np. względami ekonomicznymi. Kiedy indziej jest wyrazem litości wobec oczekujących posługi. Bywa też spełniana ze względu na jakąś życiową przyzwoitość, dla podtrzymania dobrego mniemania o sobie. Usługujemy, by mieć trochę korzyści, trochę dobrej opinii. Jednocześnie potrafimy sprytnie i bacznie czuwać, by służba nie poszerzyła swojego zakresu, by nie wymagała od nas więcej czasu, siły, bezinteresowności.  Chrystusowa nauka o służbie i Jego akt najwyższej służby, rozsadzają wszelkie ograniczenia, które na służbę nałożyliśmy. Chrystus wskazuje wyraźnie, że prawdziwa służba nosi na sobie znamiona zniewolenia. Jej motywem jest najszczersza chęć służenia drugim. Jej przedmiotem może być posługa uchodząca za najniższą. Zapotrzebowanie na naszą posługę ma prawo do naszych sił, do naszego czasu, do naszych możliwości. Ostatecznie ograniczonych, ale nieraz niewykorzystanych. Taka posługa rzeczywiście przybierze kształty życia niewolniczego. Nie będzie jednak zniewoleniem, bo będzie pochodzić z wolnego wyboru człowieka. Wolność zaangażowana w służbę, wolność nie narzucająca służbie granic, ale raczej rozszerzająca je, czyni ludzką służbę coraz bardziej podobną służbie Chrystusa. Zapewne w takim znaczeniu mówił kiedyś kard. Stefan Wyszyński o dobrowolnym oddaniu się w niewolę Maryi. Kościół, jeśli kiedykolwiek cieszy się rozwojem, to zawsze dzięki zaangażowaniu w służbę „wolnych niewolników”. Dzisiaj, w Niedzielę Misyjną zauważmy, że do takich należy każdy misjonarz. Przyznajmy, że Ojciec Święty Jan Paweł II w całym stylu swojego bytowania i działania jawi się wyraźnie jako „sługa sług Bożych” i „niewolnik wszystkich”. Jego służba właściwie nie zna granic. Nasza służba, jako „wolnych niewolników”, jest prawdziwie szansą, jaką damy Kościołowi, Ojczyźnie i światu.
Red.
16 października 2015|